28 kwietnia 2005

# 106

Praca zaliczeniowa - dziennikarstwo prasowe.

Kupieni jak przedmioty - czujący jak ludzie

Żyjąc w moim sterylnym światku wyznaczanym przez rytmy przecen w sklepach, kłótnie w pracy z działem księgowości, borykając się z problemem znalezienia czasu na wizytę u fryzjera czy też wyjazd na weekend z chłopakiem, zderzyłam się nagle ze światem tak mi odległym, jak czasy II wojny. Co mnie to obchodzi, myślałam do niedawna, pamiętam zaledwie schyłek komuny – wojna to zupełna prehistoria, science fiction… W ramach zajęć z dziennikarstwa prasowego miałam okazję szybko zweryfikować mój pogląd na sprawy tak odległe, aczkolwiek z których można wyciągnąć bardzo uniwersalne wnioski, ponadczasowe recepty dla przywódców politycznych. Opowieść, którą podczas zajęć snuł zaproszony na nie Pan Zbigniew Dołęga przerażała swoją oczywistością i prostotą zarazem. Oczywistością, bo o fenomenie Hitlera, faszyzmie, historii i okrucieństwie drugiej wojny powstała niezliczona ilość książek, filmów, programów dokumentalnych, uczą nas o tym w szkołach, słyszymy od naszych babć i dziadków, temat mimo upływu czasu jest wciąż żywy i chętnie podejmowany. Prostotą – bo pomimo śmierci tylu ludzi, wszechobecnego okrucieństwa, niesprawiedliwości i absurdu – przez tyle lat trwania wojny nikt nie sprzeciwił się temu horrorowi. Musiało minąć sześć lat, podczas których ginęli ludzi, rozpadały się rodziny, pomniki i bezcenne zabytki obracały się w pył, płonęły wielkie dzieła...

Co dwa tygodnie uczestniczę w zajęciach w budynku szkoły, który dla mnie znaczy tyle, co zimne pomieszczenia, w których spędzam kilka godzin. Dla Pana Dołęgi ten sam budynek to najgorsze wspomnienia z jego życia, kiedy jako czternastoletni chłopak, spędził w nim trzy miesiące wraz z setkami innych osób, które przetrzymywali Niemcy, używając ich jak niewolników do prania ich rzeczy, gotowania, wywożenia gruzu, naprawiania ich samochodów...

Pamiętam, że w oknach nie było szyb, myliśmy się w klasie, ktoś zdobył miskę, kobiety myły się za szafą, innym czasem udało się pod kranem.

Zanim trafił do Wrocławia, Niemcy prowadzili ich jak bydło i upychali do wagonów. Byli cztery dni bez jedzenia, piątego – dostali we Wrocławiu kubek mięty i kawałek chleba.

Jedziemy tym pociągiem: ja, moja mama, ojciec i siostra, można by było uciec, ale jak? Ucieknie jedna osoba, a co z resztą rodziny? Lekko pilnowani, szliśmy czwórkami przez Sułkowice, tam gdzie teraz jest Korona...

Kilka dobrych lat temu, zanim pojawiło się wspomniane centrum handlowe, był tam wielki plac. Targ. Sprzedawano owoce, warzywa, słodycze, trochę ciuchów. Kto teraz, przemierzając betonowe, szklane i stalowe powierzchnie markowych sklepów o tym pamięta? A kto potrafi sobie wyobrazić jak musieli wyglądać Polacy prowadzeni przez Niemców przez Sułkowickie bagna.... Tak samo niewyobrażalnym był dla mnie fakt, że w tych samych murach, w których beztrosko spędzam co drugi weekend, jeszcze sześćdziesiąt lat temu podłogi wyłożone były starymi szmatami, na których jak zwierzęta spali Polacy, po czterdziestu, pięćdziesięciu w jednej sali.

Komendant obozu chciał mieć harem. Tysiące ludzi w szkole no i jest ta ładna dziewczyna, Rosjanka – i jej matka. Lägerführer mówi: Komm!, jest płacz, jest rozłąka, ale córka musi iść. Fama o tym, po co dziewczyny były zabierane, rozeszła się szybko. Trzymali je na parterze, w zamknięciu, tam służyły, tam je wykorzystywano, ale nigdy nie wychodziły.
Gdy Niemcy przychodzili rano wybierać ludzi do pracy, każdy patrzył, gdzie się schować, żeby nie zostać wskazanym. Przyszło im do głowy, żeby na obecnym placu Grunwaldzkim zbudować lotnisko, więc szliśmy tam na piechotę i przez osiem, dziewięć godzin dziennie w pięćdziesięcioosobowych grupach - wynosiliśmy gruz.

Pomimo tragedii rozłąki z rodzinami, bombardowań, głodu, ludzie byli sobie bliscy. Nie było kradzieży, bójek. W jednym z bocznych korytarzy ludzie powiesili znaleziony gdzieś święty obrazek, tam paliły się świece, tam odmawiano modlitwy.

Nasze spotkanie z Panem Zbigniewem było pierwszą jego po sześćdziesięciu latach wizytą w znienawidzonych murach. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak bardzo traumatyczne doświadczenia ma za sobą, jak straszne obrazy musiał tu widzieć (W piwnicach trzymano rannych, schodzę tam, słyszę krzyk, i widzę jak dwaj lekarze wyciągają z ramienia rannego odłamek, na żywca.), i jak bolesnym przeżyciem było to spotkanie. Miał on jednocześnie w sobie tyle siły, żeby przyjść z żoną i opowiedzieć przy niej, nam – grupie kilkunastu zupełnie obcych osób, tak intymną historię. Jestem mu za to serdecznie wdzięczna i podziwiam go niezmiernie. Jest on żywym dowodem na to, jak wiele człowiek może znieść, żeby przetrwać. Jak silnie trzyma się tego życia. I że jego wielkie cierpienia wynagrodziła równie wielka miłość – Pan Zbigniew i Pani Irena, kilka dni po naszym spotkaniu, obchodzili pięćdziesiątą piątą rocznicę ślubu.

Brak komentarzy: